Bł. Jan Paweł II Ecclesia de Eucharistia 61

Bł. JAN PAWEŁ II ECCLESIA DE EUCHARISTIA 61 "Poświęcając Eucharystii całą uwagę, na jaką zasługuje, oraz dokładając wszelkich starań, aby nie umniejszyć jakiegokolwiek jej wymiaru czy wymogu, stajemy się rzeczywiście świadomi wielkości tego daru. Zaprasza nas do tego nieprzerwana tradycja, która od pierwszych wieków dopatrywała się we wspólnocie chrześcijańskiej strażnika opiekującego się tym «skarbem». Kościół, powodowany miłością, troszczy się o przekazywanie kolejnym pokoleniom chrześcijan wiary i nauki o Tajemnicy eucharystycznej, tak aby nie została zagubiona choćby najmniejsza jej cząstka. Nie ma niebezpieczeństwa przesady w trosce o tę tajemnicę, gdyż «w tym Sakramencie zawiera się cała tajemnica naszego zbawienia»"

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zagrożenia duchowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zagrożenia duchowe. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 grudnia 2013

Ks. Oko: To, co robi „Tygodnik Powszechny” w sprawie gender to jawna zdrada! To piąta kolumna, koń trojański w Kościele.

Ks. Oko: To, co robi „Tygodnik Powszechny” w sprawie gender to jawna zdrada! To piąta kolumna, koń trojański w Kościele.

wPolityce.pl: Coraz bardziej niepokojące rozwiązania dotyczące ideologii gender widzimy w Polsce oraz Unii Europejskiej. Sprawa ideologii gender i jej szerzenia się w kraju jest również osią politycznych sporów. Dlaczego ta ideologia jest tak niebezpieczna?
Ks. Oko: To, co robi „Tygodnik Powszechny” w sprawie gender to jawna zdrada! To piąta kolumna, koń trojański w Kościele. NASZ WYWIAD | wPolityce.pl | codziennie ważne informacje ze świata polityki. 

Ks. Dariusz Oko, teolog i filozof, dr hab. z Uniwersytetu Papieskiego w Krakowie: W sposób najlepszy objaśnia to list pasterski biskupów Polski. Wskazuje on, że genderyzm to jest dziedzictwo marksizmu i neomarksizmu. To jest kolejna, główna w naszych czasach, ideologia ateistyczna. To produkt ateistów. Ateiści, którzy odrzucają Boga, potrzebują światopoglądu, wyjaśnienia rzeczywistości. Wcześniej mieli marksizm, komunizm, maoizm itd. Te ideologie jednak zostały skompromitowane. Obecnie mają więc genderyzm. Trzeba pamiętać, że to główna ideologia ateistów. 

Ideologia zastępuje im wiarę? 
Ideologie, w tym genderyzm, to często pewna namiastka religii. Jednak ruch ateistyczny odrzucający istnienie Boga jest jak nienarodzone dziecko, które odrzuca istnienie swojej matki, czy jak niemowlę, które odrzuca istnienie matki, trzymającej je na rękach. To jest dziura myślowa, powodująca powstanie innych dziur. Przykładem takiej dziury jest właśnie ideologia gender. Pamiętajmy, że jeśli odrzuca się istnienie Boga, odrzuca się również istnienie najwyższych sfer duchowych człowieka. Tam bowiem człowiek spotyka się z Bogiem. Gender nie docenia więc sfery duchowej, skupiając się na sferze biologicznej. Genderyści lubują się we wskazywaniu, jak bardzo jesteśmy podobni do zwierząt. Jednak mimo związków ludzi ze zwierzętami, człowiek jest przecież czymś znacznie więcej, niż zwierzęciem. Mamy więc typową ateistyczną dialektykę. Gdy odrzuca się to, co najwyższe i Boga, redukuje się człowieka do biologii. 

To widzi ksiądz w gender? 
Każdy człowiek potrzebuje jakiejś centralnej wartości w życiu. Dla genderystów w centrum wszystkiego bardzo często jest seks. Żeby zrozumieć absurdy, jakie często piszą i propagują, należy pamiętać, że to osoby, dla których bożkiem jest seks. Żyją w rozpuście i rozwiązłości. Racjonalizują to, mówiąc że to jest dobre. I swój styl życia chcą narzucić innym, całemu światu. Ta ideologia jest zatruta. To jest marksizm naszych czasów. Widać w niej mnóstwo podobieństw do marksizmu. 

Ideolodzy gender nie przebierają w słowach i środkach, zwalczania ludzi inaczej myślących 
To również przypomina marksizm. Mamy próbę narzucania siłą ideologii. Marksizm narzucano siłą, nam się narzuca siłą gender. W Sejmie jest przecież ustawa, która zakazuje krytykowania ideologii gender. Za krytykę będzie można pójść do więzienia. To ustawa kneblująca, typowy przejaw totalitaryzmu. Jak nie można było krytykować Stalina, czy komunizmu, bo można było iść do więzienia, tak nie będzie można krytykować gender. To jest typowe dla ruchów ateistycznych. Ci ludzie negując Boga sami stają się bogami. Nadają sobie cechy boskie. Tylko Boga nie można krytykować. To typowy mechanizm ateistyczny. Mówi się nawet, że ateista nie uznaje żadnego Boga poza sobą samym. Oni za jedno zdanie krytyki chcą sadzać do więzienia. 

Mówiąc jednocześnie o tolerancji i wolności 
Jednak pokazuje się ich straszna totalitarna twarz. Już chcą zamykać. To szybko idzie. 

Widać, że genderyści są coraz silniejsi. W Sejmie jest ustawa, która realizuje ich interesy, oni sami chcą kontrolować katolickie instytucje, które korzystają ze środków unijnych. Komu najbardziej zagrażają? 
Przede wszystkim dzieciom. Najgorsza jest deprawacja dzieci. Oni w ramach ideologii, swojego opamiętania seksem, chcą wszystkim, również rodzinom katolickim, narzucić edukację seksualną na swoją modłę, czyli deprawację seksualną. W swoim programie mówią otwarcie o masturbacji dla 2-letnich dzieci. To są ludzie straszni, mówią, że rodzice powinni masturbować swoje dzieci. To są maniacy seksualni, których nie można dopuszczać do dzieci. Dzieci trzeba przed nimi chronić. I biskupi o tym mówią otwarcie. 

To, co ksiądz mówi, odbiega od tonu, w jakim o gender pisze np. „Tygodnik Powszechny”. Tam przekaz dot. genderyzmu się tonuje i wzywa do chłodniejszego patrzenia. Jak ksiądz to ocenia? 
To, co robi Tygodnik w tej sprawie to jawna zdrada. Oni popierają ludzi, którzy ich braci chrześcijan chcą wsadzać do więzień. To jest działanie judaszowo-kainowe. Trudno się jednak dziwić, skoro główny nadredaktor pisma czuje się świetnie w towarzystwie satanisty Nergala, czy ks. prof. Michała Czajkowskiego, który przez 20 lat współpracował z SB i wydawał najlepszych ludzi Kościoła. Czego się spodziewać po takim środowisku? To jest oczywiste, że Tygodnik odrzuca nauczanie Kościoła o gender. Wręcz popiera gender czy homoideologię. To jest piąta kolumna, to ludzie, którzy przeszli na stronę przeciwnika. I tak ich trzeba traktować. Tygodnik nawołuje do buntu przeciwko biskupom i Kościołowi. Pismo upadło tak nisko, że trzeba je traktować jak księży patriotów w czasach PRL-u. Tygodnik przeszedł na stronę genderyzmu, przeciwko Kościołowi, papieżowi. To jest zdrada. 

Jak bardzo szkodliwa jest działalność Tygodnika? Wszach uchodzi za pismo katolickie w wielu środowiskach 
Jak wiadomo, Judasz może spowodować jeszcze większe szkody niż jawny wróg. Judasz może ludzi uwieść, otworzyć bramę. Tak to trzeba rozumieć. To koń trojański w Kościele. Obecnie w dużym stopniu jest utrzymywany przez przeciwników Kościoła. Bez ich pieniędzy by nie istniał. Działanie Tygodnika trzeba postrzegać jako postawę judaszowo-kainową. I przed nią ostrzegać. Nie należy wchodzić na drogę Judasza, ale iść drogą Jezusa. 

Skąd ideologia gender bierze swoją siłę? Na wielu frontach widać wzmożoną siłę tej ideologii. Środowisko staje się coraz bardziej wpływowe 
To jest obecnie główna ideologia ateistów, wrogów chrześcijaństwa na całym świecie. Wszyscy ludzie, którzy nienawidzą Kościoła i chrześcijaństwa popierają tę ideologię. Dlatego jest ona wprowadzana w Polsce wszystkimi możliwymi kanałami. To dzieje się na poziomie sejmowym, samorządowym, na poziomie przedszkoli, szkół… To jest współczesny marksizm, ideologia ludzi, którzy gardzą innymi. Jednak pamiętajmy – to się skończy jak marksizm. Z Bogiem nikt nie wygrał. Genderyści też nie wygrają z Bogiem. Trzeba jednak ograniczać ofiary. Trzeba chronić dzieci, nie dopuszczać genderdeprawatorów do nich. Chwała biskupom, że mówią o tym otwarcie. To jest droga Jezusa.

Rozmawiał Stanisław Żaryn

czwartek, 21 lutego 2013

Agencja KATH.NET - absurdalne orędzia "ostrzeżenie"

 Orędzia "ostrzeżenie" wzywają do nie uznania następcy Benedykta XVI. To on ma być ‚fałszywym prorokiem′ w przymierzu z antychrystem. Komentarz do tego oraz coraz bardziej mniej poważnych orędzi Johannes Graf

Linz (kath.net/jg)
Od marca 2011 kursują w internecie a także w formie książkowej rzekome prywatne objawienia anonimowej jasnowidzącej, nazywającą się  „ukrytą  prorokinią“. Nazywa się także „Marią Bożego Miłosierdzia“.  Orędzia mówią najwięcej o tak zwanym „ostrzeżeniu“, momencie, w którym wszyscy ludzie przez akt łaskawości Bożej ujrzą stan ich duszy. To zdarzenie powinno mieć miejsce w niedalekiej przyszłości.

Biskup pomocniczy Laun skrytykował  już raz na kath.net orędzia  "ostrzeżenie". Zbliżające się ustąpienie Benedykta XVI. i wybór nowego papieża są powodem, aby jeszcze raz zająć się tym fenomenem. W orędziach ostrzeżenie utrzymuje się, że papież Benedykt XVI. jest ostatnim „prawdziwym“ papieżem, jego następcą będzie oszust, który będzie w przymierzu z antychrystem. Orędzia wzywają do schizmy, gdy tylko zostanie wybrany następca Benedykta XVI. W orędziu z 10. kwietnia 2012 mówi się o tym dosłowne: „Jedna połowa będzie, kierując się poczuciem obowiązku, wierzyć, że konieczne jest podążanie za Fałszywym Prorokiem — papieżem, który będzie następcą Benedykta XVI.... Pozostali, napełnieni Duchem Świętym i posiadający dzięki swoim pokornym sercom łaskę rozeznania, natychmiast będą wiedzieć, że na miejscu Piotra w kościele w Rzymie siedzi oszust". To jest wezwanie, aby nie uznać następcy Benedykta XVI.

Wiele treści w orędziach ostrzeżenie jest poprawnych. Przypomina się świadomość o Bogu, zwraca uwagę na sakramenty, na papieża i Kościół. I właśnie to czyni je bardzo niebezpiecznymi. Wyżej wymienione orędzia pozostają jednoznacznie w sprzeczności z obietnicą Chrystusa, że moce piekielne nie pokonają Kościoła (Mt 16,18). Gdyby zwolennik antychrysta został papieżem, wtey zdarzyłoby się  dokładnie to.[moce pokonałyby Kościół]

Kolejne orędzia pozostają w sprzeczności również do Mt 16,18: „Oni ( "Bogu poświęceni słudzy wewnątrz Watykanu), którzy należą do wolnomularskiej „złej sekty“ przyp)
Oni planują zastąpienie Świętego Wikariusza, Papieża Benedykta XVI, przez dyktatora kłamstw. Utworzy on nowy kościół w przymierzu z antychrystem i jego grupą, w celu oszukania świata. (Orędzie z 18. stycznia 2012) To także oznaczyłoby, że to „mocom podziemia“ udałoby się, pokonywać i zmienić Kościół. Bóg miałby dopuścić, że Jego Kościół utracił pomoc i asystencję Ducha Świętego, błądzi i pociąga za sobą wiele poczciwych dusz. Proroctwa jak te przynoszą dezorientacje, niepewność i podział pośród wierzących, którzy wierzą tym orędziom – mogą opuścić Kościół po Benedyktcie XVI jak również zaprzeczyć obietnicom Ewangelii, i będą podążać za anonimową wizjonerką. To żądanie zostało jawnie wypowiedziane  w orędziu z 7. czerwca 2011: „To jest ważne, aby moi zwolennicy wystrzegali się każdego nowego papieża, który  może nadejść, ponieważ on nie będzie od Boga.“

Okoliczności ustąpienia Benedykt XVI. nie zgadzają się z orędziami  „ostrzeżenie". Utrzymuje się  nich, że Benedykt XVI. miałby być usunięty  „ze stolicy w Rzymie.“ (11. lutego 2012). Tak samo jest przepowiadane: „Zostanie (Benedykt XVI) zdruzgotany jako Głowa Mojego Kościoła i nie zostanie mu okazana żadna litość. Szybko zorganizuje się opozycja, ponieważ zostanie uznany za nie mającego dłużej znaczenia.“ (13. listopada 2012)

Ustąpienie Benedykta XVI. było dobrowolne. Nie ma żadnych znaków, że został siłą lub pod naciskiem usunięty. Nikt nie ogłosił go jako niezdolnego, lecz on zrezygnował  sam z urzędu Piotra.

Pomijając te sprzeczności pozostaje jeszcze dalej więcej niezgodności w orędziach „ostrzeżenie“. Mogę tutaj omówić tylko kilka problemów.

Wewnętrzne sprzeczności
W orędziu z 20. grudnia 2010 zostało przepowiedziane, że pod koniec 2012 na świat spadnie „wielkie utrapienie“, który między innymi będzie łatwe do rozpoznania przez wiele ekologicznych katastrof. W istocie parę tygodni później, mianowicie w orędziu z 11./12. stycznia 2011 jest stwierdzenie, że wielkie utrapienie zacznie się  „teraz. I znowu następuje kolejna zmiana. Teraz przeżywamy tylko „utrapienie“, a „wielkie utrapienie“ zaczyna się przecież dopiero pod koniec 2012 (orędzie z 20. lipca 2011)

Fałszywe obietnice
31. maja 2011 zwolennicy orędzi, zostali wezwani, aby przygotowywać się na ostrzeżenie, gdyż pozostało tylko kilka  miesięcy. W orędziu z 1. lipca 2011 jest objaśnione nawet, że „miesiące“ wyznaczają punkt  „o każdej porze w ciągu roku“. Od końca maja 2011 minęło w istocie więcej niż półtora roku, a ostrzeżenie nie nastąpiło.

Anonimowość
Przez jej anonimowość uchyla się rzekoma wizjonerka od badania kościelnego. Dzieci z Fatimy i Bernadette z Lourdes były wystawione na pośmiewisku ludzi i prześladowane przez władze. Przez ich wierność do objawień składały mocne świadectwo dla potwierdzenia prawdziwości. Mogli być przesłuhiwani i przepytywani  przez przedstawicieli Kościoła. W ten sposób Kościół mógł wydać stosowny wyrok.  „Ukryta prorokini“ ostrzeżenia -przeciwnie - żyje dalej normalnym życiem i publikuje jej „orędzia“ anonimowo w internecie.
Nie powinniśmy wierzyć w jej przesłania, że najbliższy papież nie będzie od Boga, ani nawet w to że: „Bez twojego poświęcenia nie mógłbym dopełnić Mojej obietnicy ratowania ludzkości, tak że każdej duszy przyznawana jest możliwość skorzystania z jej prawowitego dziedzictwa.“ (orędzie z 7. listopada 2011)

Aprobata kościelna
Według jej własnej wypowiedzi wizjonerka jest gotowa poddać jej orędzia pod osąd papieża. To można przeczytać we prowadzeniu do orędzi. Orędzia, objawienia są z reguły zatwierdzane, bądź negowane przez Kościół dopiero wtedy, kiedy ustają. O tym jednak  orędziach nie ma mowy. Skoro teraz Benedykt XVI. nie zaakceptuje orędzi do końca lutego, to według "logiki" orędzi ich zatwierdzenie nie będzie możliwe. Najbliższy papież pewnie nie uzna orędzi, ponieważ – według orędzi "ostrzeżenie - będzie fałszywym prorokiem, który zmieni Kościół zmieni . Teoretycznie byłoby to wyobrażalne, że późniejszy papież znów zostnie przywrrócony przez Boga. Lecz kto wtedy powinien te orędzia osądzać? To mogłoby być  poznane  znowu tylko przez orędzia ostrzeżenia. Gdyby orędzia były prawdziwe, czy żądałby Jezus od wierzących więcej wiary w prywatne nie zatierdzone orędzia niż Kościołowi? To byłoby po prostu niedorzeczne.

Uznanie tych orędzi z punktu widzenia wizjonerki wcale nie jest takie ważne: „ Moi wyświęceni słudzy potrzebowaliby wielu lat, by uznać prawdziwość tych orędzi, więc pracuj dalej. Moja córko z Mojego powodu będziesz mieć wielu wrogów. Musisz zaakceptować ten fakt i nie pozwalaj, by stanowiło to przeszkodę na twej drodze..“ (orędzie z 9. lipca 2011)

‚Pismo Święte′
Orędzia ostrzeżenie są stawiane na tym samym poziomie co Pismo Święte. „Naprzód, czyń co jest potrzebne, aby ludzie ujrzeli i usłyszeli Moje Boskie orędzia. Ufam ci, droga córko, użyj wszelkich środków, które uważasz za dobre, aby ludzie czytali te orędzia. Musisz włożyć całą swoją energię, aby napisać tę książkę. Książka o której mówię jest świętym pismem i jest częścią Planu, jak zostało objawione w Księdze z Kells (1). Ta książka została przepowiedziana, zmieni życie i ocali dusze. Tak, książka jest tym, co zostało przepowiedziane. Ty jesteś skrybą, Ja jestem Autorem..“ (orędzie z 12. listopada 2010)

„Book of Kells“ 

Księga z Kells pojawiła się tylko w niemieckiej wersji językowej . Tłumacz wersji angielskiej, widząc trudności, usunął je z wersji oryginalnej. Następnie zostało usunięte z  z niemieckiego tłumaczenia, później jednak znowu powrócił. Gdyby chodziło o prawdziwe orędzia Boga zdania nie znikałyby, a potem pojawiały się na nowo.

 „Book of Kells“ zostałą wydana  przez irlandzkich mnichów w średniowieczu. Zawiera praktycznie tylko cztery Ewangelie. Gdzie znajdują się dalsze części Pisma Świętego pozostaje zagadką. Kościół rozważa całą Biblię, z Listami Apostolskimi oraz apokalipsą jako zwieńczeniem objawienia. Nie ma zatem żadnej innej księgi, która mogłaby zostać dołączona do Biblii.

Wypowiedzi z orędzi ostrzeżenie odnośnie  najbliższego papieża i dalszego rozwoju Kościoła nie powinny być  brane na serio  Sieją strach i nieufność  wobec najbliższego papieża i całego Kościoła. Niestety czynią to pośród katolików, którzy dotąd wierni byli Papieżowi i Kościołowi.


 Johannes Graf 
http://kath.net/detail.php?id=40124

tłumaczenie własne.
Tłumaczenie fragmentów orędzi za stronami paruzja.info oraz dzieckonmp.wordpress 
(główni promotorzy orędzi ostrzeżenie w języku polskim)

WSZELKIE ZŁOŚLIWE,  ZACZEPLIWE I SZANTAŻUJĄCE UWAGI DO OPUBLIKOWANEGO TEKSTU PROSZĘ KIEROWAĆ DO AGENCJI KATH.NET LUB BEZPOŚREDNIO DO AUTORA. 

Mgr Johannes Graf należy do zespołu redakcyjnego Kath.net 

środa, 25 lipca 2012

Świat tatuażu


Jeszcze 30 lat temu zwyczaj tatuowania się – w naszym kręgu kulturowym – był ograniczony do wąskich środowisk utożsamianych z tzw. marginesem społecznym. Tatuaże nosili wówczas głównie przestępcy, narkomani i członkowie różnych subkultur młodzieżowych (skinheadzi, punki, heavy-metalowcy). Przełom XX i XXI wieku stał się jednak widownią niesamowitej wręcz popularności tatuaży. Używając pewnej retorycznej przesady, można powiedzieć, iż zaczęli tatuować się wszyscy: aktorzy, gwiazdy rocka, sportowcy, dzieci z tzw. dobrych domów. Wedle jednej z przeprowadzonych w 1997 roku ankiet co najmniej jeden tatuaż posiadało przeszło 35 procent wszystkich graczy amerykańskiej ligi koszykarskiej NBA (wśród nich takie megagwiazdy owej drużyny jak: Michael Jordan czy Shaquille O 'Neal). Jeśli chodzi zaś o gwiazdy przemysłu muzycznego, to tatuaże stały się wśród nich wręcz czymś w rodzaju znaku rozpoznawczego. Patrząc na zdjęcia przedstawiające rockmanów można odnieść nieraz wrażenie, iż prześcigają się oni w „ozdabianiu” swego ciała coraz większą ilością, co bardziej to wymyślnych tatuaży. Z badań przeprowadzonych w 2006 roku wynikało, iż zwyczajowi tatuowania się poddało się 40 procent mieszkańców USA w wieku od 18 do 40 lat. Na pomysł promocji tatuaży wpadł nawet przemysł zabawkarski, wypuszczając na rynek „wytatuowane” lalki – doczekaliśmy się już nawet słynnej „Barbie” z tatuażami.
Inaczej mówiąc: tatuaże stały się dziś „cool” i „trendy”, a fakt ich posiadania coraz mniej kojarzy się z byciem kryminalistą czy innym „wyrzutkiem społecznym”, a staje się sposobem na naśladowanie podziwianych i oklaskiwanych przez media „celebrytów”. Warto zatem zastanowić się nad tym, czy popularność tatuaży jest pozytywnym, obojętnym moralnie, czy może negatywnym znakiem naszych czasów? Czy modę na tatuaże należy zaliczyć do tego rodzaju mód, które są stosunkowo niegroźne i nieszkodliwe (jak jazda na wrotkach czy deskorolce) czy może kryje się za nią coś więcej? Tradycyjna pogańska praktyka By spróbować odpowiedzieć sobie na te pytania, warto przyjrzeć się z bliska historycznemu rodowodowi tatuaży. Otóż zwyczaj robienia sobie różnorodnych malunków i znaków na ciele był przez tysiące lat popularny wśród sporej części społeczności o charakterze pogańskim, zaś pośród chrześcijan, jeśli występował to bardziej na zasadzie wyjątku niż ogólnie przyjętej normy. Tatuowanie się wśród pogan nie stanowiło bynajmniej jakiejś obojętnej duchowo praktyki w rodzaju naszych społecznych konwenansów mówiących nam, w której ręce należy trzymać widelec, a w której nóż, ale było czynnością naznaczoną w bardzo silny sposób piętnem pogańskich wierzeń i przesądów. W prymitywnych kulturach wykonywanie tatuażu należało często do szamanów oraz innych pogańskich kapłanów i kapłanek, zaś sama ta praktyka była uważana za akt magiczny, mający na celu (w zależności od poszczególnych wierzeń): wywoływanie lub wypędzenie duchów; prośba o ochronę skierowana do zwierząt, bożków, sił przyrody i kosmosu; ochronę przed czarami i urokami; zachowanie młodości bądź uzyskanie nadludzkiej siły, etc. Tatuaże były też traktowane jako symbol oddania się poszczególnym bóstwom czy swoisty znak pozwalający na identyfikację danej osoby w zaświatach (np. Hindusi z Begal wierzyli, że dzieci pozbawione tatuaży nie będą mogły być rozpoznane po śmierci przez swych rodziców). Trudno się zatem dziwić, iż Pismo święte zawiera jasny zakaz tatuowania się: „Nie będziecie się tatuować” (Kapł 19, 28), zaś różni papieże w historii (m.in. Hadrian I) zakazywali chrześcijanom owej praktyki jako pogańskiej i barbarzyńskiej. Przez wieki chrześcijańscy misjonarze ewangelizujący pogańskie ludy i plemiona walczyli też z owym rozpowszechnionym tam zwyczajem. Dość wspomnieć, iż kiedy hiszpańscy konkwistadorzy zetknęli się wśród Azteków z tatuażami z miejsca uznali ową praktykę za dzieło diabła, mimo że wcześniej w ogóle nie mieli z nią żadnej styczności. Oczywiście nie znaczy to, iż do poł. 20 wieku, żaden chrześcijanin nie nosił tatuażu. Owszem zdarzało się to również wśród chrześcijan, a czasami było to nawet motywowane w chrześcijański sposób (np. niektórzy z wyznawców Chrystusa żyjący pośród muzułmanów czynili sobie tatuaże w kształcie krzyża po to by w razie śmierci zapewnić sobie chrześcijański pochówek). Nie ulega jednak wątpliwości, że przez kilka tysiącleci tatuaż był niemal powszechną praktyką wśród pogan, a jeśli zdarzał się wśród chrześcijan to nie działo się to zbyt często. Czym tatuaże są dziś? Ktoś może rzecz, iż skoro niektóre ze zwyczajów w ciągu wieków zmieniły swą kulturową treść z pogańskiej na chrześcijańską (jak miało to miejsce np. w przypadku wielu bożonarodzeniowych i wielkanocnych symboli oraz praktyk), to nie możemy potępiać tatuaży tylko dlatego, że niegdyś miały one zazwyczaj niechrześcijańskie znaczenie. Ten argument czasami jest słuszny, ale w stosunku do tatuowania się, jest wyjątkowo słaby, a to z kilku powodów: Po pierwsze: nie wszystkie z rozpowszechnionych niegdyś wśród pogan praktyk i zwyczajów zostało zakazane i potępione przez Pismo święte. Nie miało to miejsca w przypadku malowania jajek (pisanek), przystrajania choinek czy też wypiekania rogalików (co kiedyś czyniono na cześć księżyca, który był uważany przez niektórych politeistów za bóstwo). Jednak w wypadku m.in. takich pogańskich zwyczajów jak: czary, wywoływania duchów zmarłych, składanie swych dzieci w ofierze bożkom czy też tatuowanie się, mamy do czynienia z jasnym zakazaniem ich przez Pana Boga na kartach Starego i/lub Nowego Testamentu. Z tego faktu można więc wnosić, iż o ile część ze zwyczajów może być powiązana z pogaństwem tylko na zasadzie zmiennej i relatywnej (jak w przypadku pisanek, choinkowych drzewek czy rogalików), o tyle niektóre z praktyk mogą być złe i niechrześcijańskie w swej istocie. Czy tatuaże należą do tej drugiej kategorii? Chociaż niektóre z praktyk zakazanych w Starym Testamencie nie zostały potępione na wieczne czasy i dziś już chrześcijan nie obowiązują (jak np. jedzenie wieprzowiny) to jednak fakt, iż tatuowanie się zostało zabronione na kartach Biblii uprawdopodobnia tezę, iż ów zwyczaj jest zły i /lub niebezpieczny ze swej natury, a nie tylko ze względu na zmienne kulturowo-historyczne okoliczności. Prawdą jest, że starotestamentowy Boży zakaz tatuowania się nie został dosłownie powtórzony w Nowym Testamencie, ale nawet to nie jest jeszcze ostatecznym argumentem za poglądem o nieobowiązywaniu go dzisiaj. Wszak starotestamentowe zakazy seksu ze zwierzętami, czynienia ze swych córek sakralnych prostytutek oraz palenia dzieci w ofierze Molochowi też nie zostały w żadnej z nowotestamentowych ksiąg wyraźnie powtórzone, ale któż ośmieliłby się twierdzić, że skoro tak, to nie obowiązują już one chrześcijan? Poza tym, o ile niektóre ze starotestamentowych zakazów (i nakazów) zostały w Nowym Testamencie (wyraźnie lub co najmniej domyślnie) uchylonych, o tyle, żaden fragment z czterech Ewangelii, Dziejów Apostolskich, listów apostołów, czy Apokalipsy św. Jana nawet nie sugeruje, że czynienie na swym ciele malunków i znaków może być dobre, dozwolone i prawowite. Późniejsze wypowiedzi Magisterium Kościoła zakazujące tatuowania się wydaję się potwierdzać, iż owo starotestamentowe przykazanie nie należało do tych z nich, które wraz z nadejściem Nowego Przymierza straciły na swej aktualności i ważności. Nie wydaje się też zbyt prawdopodobną teza, jakoby starotestamentowy zakaz tatuaży dotyczył tylko tych z nich, które były czynione na pamiątkę zmarłych. To prawda, że Boży zakaz tatuowania się jest poprzedzony napomnieniem: „Nie będziecie nacinać ciała na znak żałoby po zmarłym” (Kapł. 19, 28), ale nie każde nacinanie swego ciała jest równoznaczne z robieniem sobie tatuażu. Nacięcie swego ciała zasadniczo polega na zadaniu sobie krwawej rany i to też było często czynione przez pogan w celu uczczenia swych zmarłych. Jednak tatuowanie się jest czymś znacznie więcej niż tylko nacięciem swego ciała, gdyż jego istotą jest pozostawienie na sobie malunków, napisów bądź graficznych symboli. Nacięcie swego ciała i tatuowanie się nie muszą więc być jedną i tą samą praktyką, która została objęta jednym Bożym zakazem. Po drugie: nie ma większych wątpliwości, iż przynajmniej w naszym kręgu kulturowym, zwyczaj tatuowania się, zazwyczaj sprzyja reklamie i promowaniu zła. Olbrzymia większość tatuaży przedstawia demony (lub też ich symbole w postaci np. węży czy smoków), piekło, śmierć, trupie czaszki, potwory, zoombies, przelew krwi, sceny prezentujące tortury, wyuzdaną nagość i seks oraz wulgaryzmy i bluźnierstwa. Warto też wspomnieć, że owe malunki często nie tylko, że są brzydkie i ohydne jeśli chodzi o ich warstwę estetyczną, ale dodatkowo wydaje się, iż owa szpetota jest tu czyniona w taki sposób by z jednej strony sprawiała wrażenie możliwie jak najbardziej odrażającej, z drugiej zaś strony pociągającej i kuszącej (w sztuce coś takiego nazywa się turpizmem). Owszem istnieją tatuaże przedstawiające Pana Jezusa, Najświętszą Pannę Marię czy Aniołów, ale pomijając już nawet fakt, iż w mniejszej części mają one rzeczywiście na celu promocję chrześcijaństwa (częściej ich kontekst jest co najmniej wątpliwy, jeśli nie wprost bluźnierczy) to przecież istnieje wiele o niebo lepszych metod ewangelizacji niż prezentowanie na swym ciele religijnych malowideł. Inaczej mówiąc: tatuaże są kolejnym ze sposobów za pomocą których do postchrześcijańskich społeczeństw aplikowane są okultyzm, bluźnierstwa, zmysłowość, rozwiązłość, brzydota i wulgarność. Po trzecie: tatuowanie poprzez wystawianie swego ciała na pokaz sprzyja próżności i nieskromności, a także jest formą oszpecania się, które zniekształca piękno Bożego stworzenia. Im więcej ktoś czyni na swym ciele tatuaży, tym większą pokusę będzie żywił, by pokazywać je innym, przez co też tym więcej będzie odkrywał swego ciała. Nierzadko tatuaże są nawet czynione w miejscach najbardziej intymnych lub też w ich bezpośredniej bliskości po to by uczynić ich widok bardziej prowokującym i zachęcającym. Zgodnie jednak z Bożą wolą powinniśmy się raczej skromnie ubierać, niż rozbierać i wystawiać swe ciała na publiczny pokaz. Nieskromność w ubiorze i zachowaniu wydatnie sprzyja rozprzestrzenianiu się grzechów nieczystości, a zwyczaj tatuowania się często okazuje się ich sprzymierzeńcem. Poza tym, naturalne poczucie piękna i estetyki podpowiada nam, iż czynienie na swym ciele różnych malunków i znaków bardziej je szpeci, aniżeli wydobywa z niego piękno. Paradoksem jest, że owe oszpecanie własnego ciała często jest czynione w celu uczynienia go bardziej atrakcyjnym i pociągającym, ale nie od dziś wiemy, iż nawet brzydota potrafi być (po początkowych odruchach nakazujących odrzucenie jej) dla ludzi źródłem rozrywki. „Strzeżcie się pozorów zła” Czynienie na swym ciele malowideł, znaków i napisów, nawet jeśli by je uznać nie za złe i/lub same w sobie (co byłoby dyskusyjną tezą) to niewątpliwie wciąż pociąga za sobą wiele z pozorów bezbożności nieprawości. Historyczne pochodzenie tatuażu jest ewidentnie pogańskie, praktyka ta została jasno zakazana przez Pana Boga, zaś współcześnie inspiracje i treść olbrzymiej większości tatuaży należy określić mianem złych i demonicznych. Istnieje więc wiele ważnych powodów by trzymać się od tatuaży z daleka, a niewiele by rozważać „ochrzczenie” czy „chrystianizację” tego zwyczaju.

sobota, 9 czerwca 2012

świadectwo zniewolenia przez tarot

Tak samo nieprawdopodobne, co przerażające

Karty zostały tak pomyślane, aby demony mogły działać na bardzo szerokim obszarze naszego życia i tym bardziej nas zniewalać, i odgrywać rolę istoty wszystkowiedzącej.
   Zajmowałam się tarotem marsylskim, mającym największe magiczne możliwości. Wtedy to było dla mnie takie kobiece, budujące pewność siebie i dające władzę, szczególnie gdy z kart tarota można było coś wyczytać dla osoby, która przychodziła do mnie po poradę. Ludzie pytali, a ja im mówiłam, jaki jest stan rzeczy, co się wydarzy i co robić, żeby być szczęśliwą. Wróżyłam bez opłat - opowiada Ania.
   Na początku musiałam się nauczyć rozkładów, opanować znajomość symboli i powiązań między kartami. Zajęło mi to trochę czasu, ale bardzo się starałam i dawałam całą siebie, aby dobrze położyć rozkład. Kontemplowałam karty, rozmawiałam z nimi jak z osobą. Właściwie już po kilku tygodniach czułam, że mi wychodzi.
   Już po roku byłam świetna, po dwóch latach rewelacyjna i właściwie zajmowałam się tylko tym. Przychodziły do mnie moje koleżanki, a ja pomagałam im w trudnych sytuacjach życiowych, służąc radą, którą podpowiadały karty. Byłam przekonana, że to jest moja życiowa misja, chciałam pomagać innym; nie widziałam w tym nic złego, ale sposób, który wybrałam, był zupełnie zgubny…
   Jeszcze wtedy nie działy się żadne nadzwyczajne rzeczy. Na początku nawet chodziłam do kościoła jak większość ludzi. Potem kościół tak jakoś przestał mi być potrzebny i zrezygnowałam z uczestnictwa we Mszy św. (na długie lata, jak się okazało). Wszystko toczyło się prawie dobrze i pewnie by to tak jeszcze trwało, gdyby nie spostrzeżenie mojego taty, że siedzę w domu, nigdzie nie wychodzę i coraz gorzej wyglądam. Ja wtedy jakoś tego nie zauważałam. Mój tata domyślił się, że źródłem problemu mogą być karty. Całe moje ówczesne życie składało się z kart tarota… A ja byłam zupełnie nieświadoma, że przez nie zagłębiam się w okultystyczną rzeczywistość…
   Pewnego dnia po przyjściu ze szkoły chciałam pokontemplować karty tarota. Sięgnęłam do szuflady, a ich tam nie było! Ogarnęła mnie najpierw furia, a potem rozpacz. Za wszelką cenę musiałam ich dotknąć i trzymać je w ręce, żeby poczuć się bezpiecznie! Zaczęłam krzyczeć, a potem prosić, żeby rodzice oddali mi karty, zupełnie jakbym błagała o życie, stojąc pod ścianą w oczekiwaniu na egzekucję... Oni jednak nie oddali mi ich, lecz usilnie mnie prosili, żebym z tym skończyła. W tym momencie zdałam sobie sprawę, że nie potrafię bez kart funkcjonować, że jestem uzależniona; widziałam samą siebie, co się ze mną dzieje bez nich – to nie było normalne. Podjęłam więc próbę wyzwolenia się z nałogu, a pierwszym krokiem do tego było zniszczenie (spalenie) kart tarota.
   I to był właściwie przełom w mojej historii. Od tamtej pory nigdy już nie wzięłam do ręki żadnych kart – i nie mam takiego zamiaru. Jestem za to bardzo wdzięczna rodzicom, chociaż dalsza część mojej walki toczyła się już poza ich wiedzą. Dzisiaj myślę, że na długo przed rozpoczęciem procesu mojego uzdrawiania ktoś musiał się za mnie modlić, żebym odzyskała światło życia; myślę, że to była moja babcia. Po podjęciu decyzji definitywnego zerwania z tarotem, czyli po wyrzuceniu wszystkich książek i jakichkolwiek rzeczy związanych z okultyzmem, poczułam, z kim mam do czynienia. Zły zaczął się ujawniać, wiedząc, że mnie traci. Rozpoczęła się moja bitwa o wyjście z okultyzmu.
   Wszystkie reklamy kart tarota wzbudzały wtedy we mnie niepohamowaną tęsknotę za nimi. Męczyłam się strasznie. Toczyłam wewnętrzną walkę o przeżycie, nie było we mnie radości ani chęci życia. Nie potrafiłam myśleć o normalnych rzeczach. Załamywało się we mnie poczucie sensu mojego istnienia.
   Czasami miałam takie chwile, że próbowałam się modlić, ale niesamowicie ciężko mi to szło. Prosiłam Pana Boga, aby przywrócił mi normalny stan postrzegania świata. Wiedziałam, że mój stan nie może mieć tylko psychicznego podłoża. Przychodziły mi do głowy dziwne obrazy – tak po prostu, bez powodu. Widziałam w myślach zdarzenia, które dotyczyły przyszłości, takie jak śmierć, choroby i nieszczęścia ludzkie. To, co się pojawiło, gdy rozkładałam karty dla osoby zainteresowanej, miałam teraz bez kart i bez żadnych zapowiedzi – a wręcz wbrew swojej woli. Modliłam się i czułam, że moja modlitwa jest niewystarczająca. Miałam świadomość, że nie jestem sama. Ktoś od lat pomagał mi rozwijać mój talent wróżbiarski, a ja zwyczajnie myślałam, że te myśli i wizje pochodziły ode mnie, to znaczy z kart, które dobrze tasowałam... W mojej głowie nagle pojawiały się bluźnierstwa, których nie można było opanować. Ktoś mnie budził w nocy, czułam czyjąś złowrogą obecność w pokoju, napadały mnie myśli samobójcze, a ja zwijałam się ze strachu. Tak, jakby Zły upominał się o swoje i groził, że mnie zabije... Walczyłam o spokój w myślach – i przegrywałam. Życie traciło dla mnie blask. Gdy byłam w pokoju i próbowałam zasnąć, to duże, czarne robaki chodziły mi po pościeli, a światło zapalało się samo. Często, idąc do domu, spotykałam dziwne osoby, jakichś szaleńców z obłędem w oczach. Zaczepiali mnie, o coś mnie pytali… Widziałam, że oni wszyscy mają ze sobą coś wspólnego. Tak, jakby Zły wysyłał podejrzanych ludzi, aby mi pokazać, że świat jest jego i – że nie ucieknę. Czasami w pokoju słyszałam złowrogie warczenie psa – chyba to był pies, bo tylko słyszałam, ale to i tak było wystarczająco przerażające. Koszmar bez końca...
   Miałam już przygotowany plan samobójstwa. Na szczęście… pewnego razu wrażliwa duchowo osoba zauważyła, że jakoś się dziwnie zmieniam w swoich stanach zamknięcia. Mało kto mógł to dostrzec, bo na zewnątrz byłam normalna. Byłam wyczerpana tą walką. Powracały mi siły, gdy inni modlili się za mnie.
   Gdy człowiek jest już na tyle silny, że ma świadomość wagi problemu, musi uroczyście wyrzec się nieprawości, aby rozpocząć drogę naprawy swego życia. Przygotowywałam się długo do tego momentu. Otoczona licznymi modlitwami wielu znajomych, podjęłam pewnego dnia takie wewnętrzne wyrzeczenie się zła, wszelkiego okultyzmu w imię Jezusa Chrystusa. Działo się to w ciągu dnia, w moim pokoju, gdzie zawsze wróżyłam. W momencie gdy podejmowałam uroczyście decyzję zerwania z tarotem, nagle zobaczyłam w pokoju ohydną postać podobną do wilkołaka, tyle że nieporównywalnie brzydszą i realną. Stałam jak wryta. Pamiętam tę nienawiść w oczach owego monstrum – czegoś takiego nie widziałam u żadnego człowieka! Odruchowo zaczęłam mówić Zdrowaś Mario... Po chwili potwór zniknął i już nigdy więcej się nie pokazał. Matka Boża zawsze przychodzi z pomocą. Ona jest niezwykłym uosobieniem piękna, czystości i pokory, a złe duchy reagują na Maryję jak szczury na widok ognia w ciemnej piwnicy.
   Po tym zdarzeniu udałam się do egzorcysty, żeby się oczyścić, zostać uwolnioną i uzdrowioną w imię Chrystusa i mocą Jego łaski. Tych spotkań było kilka.
   Od tamtej pory minęło 5 lat. To wystarczająco długi czas, żeby zdać sobie sprawę ze zniszczeń, jakie spowodowało we mnie moje związanie się z okultyzmem. Chwała Jezusowi, że wyrwał mnie z otchłani i że mnie stopniowo odbudowuje. Niestety, wielu jest takich, którzy nie chcieli uznać tego grzechu i trwają w niewoli złego ducha…
   Dzieląc się swym doświadczeniem, chciałbym przestrzec wszystkich przed niebezpieczeństwem zajmowania się wróżbami. Schemat zawsze jest ten sam: wciągnąć, przytrzymać i zniszczyć – prędzej czy później. Ogólne zagmatwanie życia powoduje, że szukamy szybkich odpowiedzi. Wróżby dają taką odpowiedź. Często dowiadujemy się od wróżek takich rzeczy, że wpadamy w osłupienie, bo przecież nikt nie mógł o tym wiedzieć prócz nas; nawet dobrze działający wywiad środowiskowy nie doszedłby do takich informacji. I tutaj właśnie jest haczyk, na który ludzie dają się złapać, ponieważ myślą, że wszystko, co mówi wróżka, jest prawdą.
   Przede wszystkim należy wiedzieć, że doświadczenie kart tarota jest bezpośrednim wejściem w magię. Karty zostały tak pomyślane, aby demony mogły działać na bardzo szerokim obszarze naszego życia i tym bardziej nas zniewalać, i odgrywać rolę istoty wszystkowiedzącej. Sam fakt posługiwania się kartami tarota jest równoznaczny z używaniem zaklęć w celu przywołania duchów.
   Osoba wróżąca nie musi o tym wiedzieć – poza tym chodzi właśnie o to, żeby nie wiedziała. Kiedy zadajesz kartom pytania, łamiesz pierwsze przykazanie, które mówi, że tylko Pan Bóg powinien być jedynym Panem naszego życia. Poprzez ten grzech dobrowolnie oddajemy się pod panowanie złych duchów, a reszta toczy się już według schematu zniewolenia. Demony, które posługują się kartami, nie znają przyszłości, ale ją tak kreują, aby doprowadzić człowieka do zguby wiecznej. Mają one wielką inteligencję i starają się utrzymać osobę wróżącą w stanie grzechu, bo wtedy mają do niej łatwy dostęp. Znają jej osobowość, słabości i wszystkie jej grzechy. Poprzez odpowiednią manipulację utrzymują osobę wróżącą w poczuciu posiadania szczególnych umiejętności. Nierzadko też taka osoba myśli, że te dary pochodzą od Boga; wówczas występuje podwójne zapętlenie.
   Doświadczenie okultyzmu w postaci choćby wróżenia pozostawia ślad na bardzo długo. Jednym z jego efektów jest niechęć do Kościoła i modlitwy. Wiem, że Zły sam nie wypuści nikogo, kogo trzyma w swych szponach. On na początku nawet zagwarantuje Ci pozorny spokój, podrzuci Ci jakieś nadzwyczajne zdolności – a potem Cię zniszczy. Jak mu pozwolisz, to zabierze Ci miłość, wypełni tę przestrzeń zepsuciem, a potem Ci wytłumaczy, że to wina innych... Gdy człowiek nie obudzi się w porę i nie uwierzy, że Jezus jest jedynym Zbawicielem i że ma On moc odnowienia wszystkiego, to jego życie będzie cały czas naznaczone koszmarem duchowego zniewolenia.
   Jednak żeby otrzymać łaskę uzdrowienia, potrzebna jest pokora i otwarcie się na Jezusa miłosiernego, który odpuszcza wszystkie grzechy i całkowicie uwalnia z okultystycznych zniewoleń. Osoby, które zajmowały się okultyzmem, po odbytej spowiedzi muszą każdego dnia z całkowitym zaufaniem i cierpliwością pozwalać Jezusowi, by kontynuował proces ich uzdrawiania i przywracania do życia. To powinno dokonywać się w codziennej wytrwałej modlitwie, w jak najczęstszym przyjmowaniu Komunii św., w regularnej spowiedzi i pracy nad sobą pod kierunkiem spowiednika. Wielką pomocą są także: posługa egzorcysty, konsultacja z chrześcijańskim psychologiem i wsparcie grupy modlitewnej.
   Dopóki żyjemy na ziemi, możemy wygrać życie, a stawka jest rzeczywiście wysoka: zbawienie albo potępienie. Bóg dał nam środki, aby to życie wygrać i się nie pogubić. Jestem szczęśliwa, że żyję w przyjaźni z Bogiem. Bóg był, jest i będzie zawsze silniejszy i wszystko może przemienić, jeśli zawierzymy Mu całe nasze życie. Weszłam kiedyś w śmierć, nie wiedząc nawet, że jestem zabijana, i właśnie dlatego, żeby znów nie pobłądzić, zawierzam się cała Bożemu Miłosierdziu: „O Boże litości, Ty sam jeden usprawiedliwić mnie możesz i nie odrzucisz mnie nigdy, gdy się udaję skruszona do miłosiernego Serca Twego, u którego nikt nie doznał odmowy, choćby był największym grzesznikiem” (Dz. 1730).

"Miłujcie Się" 4/2009.

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

O pokusach - św. o. Pio

Gdy dusza zbliża się do Boga, to powinna przygotować się na pokusy. Wiem, że Bóg pozwala szatanowi na te ataki, aby Boże miłosierdzie uczyniło was drogimi Mu. Zawsze, gdy ci się pokusa nie podoba, nie masz się czego obawiać. A dlaczego ci się ona nie podoba, jeśli nie dlatego, że nie chciałbyś jej odczuwać? Te uciążliwe pokusy biorą się ze złośliwości szatana, a brak upodobania w nich i cierpienie, które odczuwamy z ich powodu, pochodzą od miłosierdzia Bożego. To Bóg, wbrew woli naszego wroga wydobywa z jego złośliwości święte utrapienie, dzięki któremu oczyszcza złoto i chce je włożyć do swoich skarbów. Twoje pokusy pochodzą od szatana i piekła, ale twoje udręki i cierpienia pochodzą od Boga i z nieba. Matki pochodzą z Babilonii ale córki z Jerozolimy. Gardź pokusami, a utrapienia obejmuj z miłością. Pozwól wiać wiatrowi i nie myśl, że szelest liści jest zgrzytem broni.
Nie wystawiaj się, by zwyciężyć swoje pokusy, ponieważ ten wysiłek umocniłby je tylko. Gardź nimi i nawet się nad nimi nie zatrzymuj. Skończ z tymi próżnymi obawami. Pamiętaj, że to nie odczucia stanowią o winie, ale zgoda na nie. Tylko wolna wola jest zdolna do czynienia dobra lub zła. Kiedy zaś wola jęczy pod wpływem próby kusiciela i nie chce tego, co on jej proponuje, to nie tylko nie ma w tym twojej winy, ale jest w tym zawarta cnota. Niech cię nie przerażają pokusy! One są tylko próbą dla duszy, którą Bóg chce sprawdzić, kiedy widzi w niej siły potrzebne do prowadzenia walki, aby nałożyć jej własnymi rękami wieniec zwycięstwa. Dotychczas twe życie było życiem dziecka. Teraz Pan chce cię traktować jak osobę dorosłą. A ponieważ próby życia dojrzałego są o wiele większe niż życia dziecięcego, oto przyczyna, dla której na początku czujesz się zagubiony.
A jednak dusza odzyska spokój i ty odzyskasz swój pokój ? nie przyjdzie on za późno. Miej jeszcze nieco cierpliwości. Pokusy przeciw wierze i czystości są towarem oferowanym przez wroga, ale się go nie bój i traktuj z pogardą. Jak długo on krzyczy, oznacza to, że jeszcze nie zagnieździł się w twojej woli. Nie denerwuje się tylko dlatego, że ten zbuntowany anioł wystawia cię na próbę; wola niech zawsze sprzeciwia się jego sugestiom, żyj spokojnie, ponieważ nie ma w tym twojej winy, ale jest upodobanie Boga i pożytek płynący dla twej duszy. Do Boga powinieneś się uciekać podczas ataków wroga, Jemu powinieneś ufać i od Niego oczekiwać wszelkiego dobra. Nie zatrzymuj się dobrowolnie nad tym, co ci wróg podsuwa. Pamiętaj, że zwycięża ten, kto ucieka. Bądź mocno przekonany, że im bardziej wzmagają się ataki wroga, tym bliżej duszy jest Pan Bóg. Umocnij ducha i nie lękaj się tej ponurej wściekłości Lucyfera. Zapamiętaj, że jest to dobry znak, gdy wróg hałasuje i ryczy wokół twej woli, ponieważ okazuje jasno, że nie znajduje się w środku niej. Odwagi, krocz odważnie. Nie trzeba się bać, jak długo możemy stanowczo, choć bez emocji wołać: NIECH ŻYJE JEZUS! Bądź mocno przekonany o tym, że im dusza jest milsza Bogu tym bardziej powinna być doświadczana.
Dlatego odwagi i ciągle do przodu. Wiadomo, że pokusy wydają się raczej plamić niż oczyszczać ducha. Św. Franciszek Salezy mówi jednak: Pokusy są jak mydło, wydaje się, że brudzi ono zamydloną odzież, a w rzeczywistości ją czyści. Niczego nie powinna bać się dusza, która ufa Panu i w Nim pokłada swoją nadzieję. Chociaż wróg naszego zbawienia ciągle znajduje się wokół nas, aby wyrwać z naszego serca kotwicę, która powinna doprowadzić nas do zbawienia, to chcę ci powiedzieć: UFAJ BOGU, NASZEMU OJCU!
Trzymajmy mocno, mocno tę kotwicę! Nie pozwólmy nigdy na to, by chociaż na moment wyślizgnęła nam się z ręki, w tym bowiem wypadku wszystko byśmy stracili. Ach! jakież szczęście kryje się w walkach duchowych. Wystarczy chcieć i umieć ciągle walczyć, aby wyjść z nich zwycięsko. Jeżeli Bóg pozwala ci upaść z powodu słabości, czyni to nie dlatego, aby cię opuścić, lecz by cię umocnić w cnocie pokory i sprawić, abyś w przyszłości był bardziej uważny. Krocz z prostotą drogą Pana i nie zadręczaj swego ducha.
Trzeba, abyś nienawidził swoje błędy, ale z umiarkowaną nienawiścią, a nie przewrażliwieniem i zaniepokojeniem. Szatan ma tylko jedną bramę, aby wejść do naszej duszy: WOLĘ. Bramy ukryte nie istnieją. Nie ma żadnego grzechu, jeśli nie został on popełniony za zgodą woli. Skoro w grę nie wchodzi wola, to nie jest to grzech a tylko słabość ludzka. Szatan jest jak rozwścieczony pies uwiązany na łańcuchu, poza zasięgiem łańcucha nie pogryzie nikogo. A więc trzymaj się od niego z daleka. Jeśli zbytnio się zbliżysz, to pozwolisz się pokąsać. Nie wystawiaj swej duszy na pokusy, mówi Duch św., ponieważ radość serca jest życiem duszy i niewyczerpanym skarbcem świętości, natomiast smutek jest powolną śmiercią duszy i nie służy niczemu. Nasz wróg i sprawca naszych szkód staje się mocny, gdy spotyka słabych, ale wobec tego, kto wychodzi na jego spotkanie z bronią w ręku, staje się podłym tchórzem. Ciemności, które czasem pokrywają niebo twojej duszy, są światłem; ciemności te powodują, że masz wrażenie, jakbyś znajdował się w środku płonącego krzewu. Rzeczywiście kiedy krzew się pali, to powietrze wokół niego napełnia się czarnym dymem, a duch przeżywa lęk, bo nie widzi i niczego już nie rozumie. Ale to właśnie wówczas Bóg mówi do duszy i jest w niej obecny, a ona Go słucha, rozumie, miłuje i drży. Nie czekajcie wiec na Tabor, by widzieć Boga, skoro już kontemplowaliście Go na Synaju! Wiedzcie, że próby, którym Bóg was poddaje i będzie poddawał, są znakami szczególnego umiłowania was przez Boga i perłami dla duszy.
Minie zima i nadejdzie niekończąca się wiosna, tym bardziej ubogacona pięknem, im większe były burze. Trzeba być mocnym, aby stać się wielkim. OTO NASZA POWINNOŚĆ, życie jest walką, z której nie możemy się wycofać, lecz w której musimy zwyciężyć
/O. Pio/

wtorek, 24 kwietnia 2012

Uzdrowienia okultystyczne - o. Jacques M. Verlinde

Ci wszyscy, którzy praktykują różne formy okultyzmu, dobrowolnie oddają się w niewolę złych duchów. Szczególnie niebezpieczne jest korzystanie z ustug różnego rodzaju bioenergoterapeutów, uzdrowicieli i jakichkolwiek paranormalnych sposobów leczenia.
Dlaczego tak się dzieje? Otóż różnego rodzaju techniki ćwiczeń i medytacji wschodnich powodują zwiększenie energii kundalini, co powoduje otwarcie w człowieku tak zwanych czakr. Przyczynia się to do nawiązania kontaktu z energiami złego pochodzenia. Poprzez czakry, które są centrami energetycznymi, człowiek oddaje się pod panowanie złej duchowej mocy, którą można się również posługiwać w różnorakich praktykach okultystycznych.
Urodzony w Belgii o. Jacques .M. Verlinde, gdy miał 17 lat, odrzucił Chrystusa i wszelkie katolickie praktyki religijne. Po skończeniu studiów i napisaniu pracy doktorskiej z chemii nuklearnej wyjechał do Indii. Przebywał tam 4 lata, gdzie w hinduskich aśramach dniami i nocami praktykował różne techniki medytacji, ćwiczenia jogi, recytowanie mantry - wszystko w tym celu, aby otworzyć się na doświadczenie Boga. Nie znalazł tam jednak tego, czego szukał. Tak wspomina o. Verlinde swoje szczególne doświadczenie podczas pobytu w Indiach: "W czasie drugich medytacji wielokrotnie zdarzało mi się, że w momencie wychodzenia z tego specyficznego stanu widziałem wewnętrznie taki obraz: twarz pięknej kobiety, która równocześnie była bardzo smutna i patrzyła na mnie z wielką czułością. Za każdym razem byłem bardzo zdziwiony i pytałem ją: ťKim jesteś?Ť. Zawsze kiedy zadawałem to pytanie, łzy płynęły po jej twarzy i wtedy znikała. Po moim nawróceniu, kiedy zastanawiałem się nad tym przeżyciem, przeczuwałem mocno, że była to Matka Najświętsza, która próbowała dać mi znak. Znak od cierpiącej Matki, która widzi, że Jej dziecko odchodzi, gubi się, ale Ona szanuje jego wolność, może ofiarować mu tylko swoje łzy. Kiedy po raz pierwszy, już jako ksiądz, przyjechałem w 1995 r. do Polski, zatrzymałem się w sanktuarium Matki Bożej w Częstochowie. Jak wielkie było moje zdziwienie, kiedy podczas celebrowania Eucharystii, gdy znajdowałem się tuż przed ikoną Matki Bożej, rozpoznałem twarz tej kobiety, która przychodziła do mnie, aby spotkać się ze mną, tam w Indiach" (J.M. Verlinde: Bóg wyrwał mnie z ciemności, s. 6).
Kiedy J. Verlinde wrócił z Indii, w wyniku uprawiania jogi i długich medytacji' miał pootwierane czakry. Zauważyli to radiesteci, którzy namówili go, aby używał tych cudotwórczych mocy dla dobra bliźniego - do uzdrawiania chorych. Verlinde nie wiedział jeszcze wtedy, że jest to coś złego. Zaczął więc za pomocą wahadełka stawiać diagnozy. Widział jasno, co w badanym człowieku jest chore. Miał dar jasnowidzenia, który jest pozazmysłowym sposobem poznania, jakimś rodzajem duchowej wizji. Człowiek normalnie poznaje za pośrednictwem zmysłów, natomiast czyste duchy - aniołowie lub demony - w sposób bezpośredni i natychmiastowy. Verlinde odkrył również, że może uzdrawiać przez dotyk. Sądził, że jest to dar od Boga, poprzez który będzie mógł czynić dobro dla ludzi. Dopiero po pewnym czasie stało się dla niego oczywiste, że osoby posługujące się okultyzmem otrzymują poznanie przekazywane im przez demony, a nie przez anioły.
Jako świeżo nawrócony codziennie modlił się na różańcu i uczestniczył we Mszy św. Podczas uzdrawiania zorientował się, że kieruje nim, poprzez wewnętrzny głos, jakaś tajemnicza, duchowa istota. To było doświadczenie tak zwanego channelingu, czyli działania złego ducha, który się nim posługiwał. Ten fakt bardzo zaniepokoił J. Verlindego, jednak ludzie, którzy tak jak on praktykowali uzdrawianie przez okultyzm, uspokajali go, że jest to przyjazny, uzdrawiający duch. Kiedy jednak Verlinde uczestniczył we Mszy św., podczas konsekracji ten niby "przyjazny" duch zaczął przeraźliwie bluźnić. Był to dla Verlindego czytelny znak, że ma do czynienia ze złym duchem. Aby się od niego uwolnić, musiał poddać się całej serii modlitw u księdza egzorcysty. Po uwolnieniu od złego ducha natychmiast stracił wszystkie zdolności uzdrawiania i rozpoznawania chorób. Był to dla niego oczywisty znak, że uzdrawiania, których dokonywał, nie pochodziły od Boga.
Później J. Verlinde razem z grupą naukowców na uniwersytecie w Lyonie przeprowadzał badania ludzi uzdrowionych podczas terapii okultystycznych. Okazało się, że to były pozorne uzdrowienia, ponieważ u osób tych następowało przenoszenie symptomów choroby na inne części ciała. I tak na przykład jeśli przyjdę do bioenergoterapeuty - czy jakiegoś innego uzdrowiciela - z bólem nogi, to po jego terapii rzeczywiście noga przestanie mnie boleć, ale za to po kilku tygodniach zacznie boleć mnie ręka. Wtedy kolejna wizyta sprawi, że również ten ból ustąpi, jednak po pewnym czasie zacznie boleć mnie głowa itd. W ten sposób zaczyna się błędne koło uzależnienia i zniewolenia przez siły zła. Trzeba pamiętać, że praktykowanie okultyzmu w jakiejkolwiek formie sprawia, że człowiek jest kierowany i manipulowany przez złe duchy, a konsekwencje tego są tragiczne. Następują poważne zaburzenia i cierpienia w sferze fizycznej, psychicznej i duchowej, spowodowane działaniem sił zła. Pojawiają się myśli samobójcze i bluźniercze, awersja do modlitwy i sakramentów, smutek, depresja, różne obsesje, diabelskie nękania, a czasami dochodzi nawet do opętania.
Każda osoba praktykująca okultyzm, korzystająca z usług bioenergoterapeutów, jasnowidzów, magów i jakichkolwiek okultystycznych technik - nawet gdy jest tego nieświadoma - otwiera się na działanie złych duchów, które się nią posługują i które ją zniewalają. Gdy jest świadoma, łamie pierwsze przykazanie i popełnia jeden z najcięższych grzechów.
Charyzmat uzdrawiania, którego Bóg udziela niektórym ludziom w Kościele, jest czymś całkowicie innym aniżeli uzdrowienia okultystyczne. Charyzmat uzdrawiania w Kościele jest związany z działaniem Ducha Świętego, który objawia ostateczne zwycięstwo Jezusa nad szatanem, grzechem i śmiercią. Jego owocem jest doświadczenie duchowej radości, pokoju i wolności, ponieważ najpierw jest uzdrowienie duchowe przez pojednanie się z Bogiem i całkowite podporządkowanie się Jego woli, a jeżeli następuje uzdrowienie fizyczne, to jest ono znakiem uzdrowienia duchowego. Najważniejsze jest uzdrowienie duchowe, które dokonuje się przez zerwanie z grzechem i pojednanie się z Bogiem. To właśnie w sakramencie pokuty, podczas spotkania z Bogiem, który jest miłością i miłosierdziem samym, dokonują się "największe cuda, które się nieustannie powtarzają - mówi Pan Jezus do św. Faustyny. - "Aby zyskać ten cud, nie trzeba odprawiać dalekiej pielgrzymki, ani też składać jakichś zewnętrznych obrzędów, ale wystarczy przystąpić do stóp zastępcy mojego i powiedzieć mu nędzę swoją, a cud miłosierdzia Bożego okaże się w całej pełni. Choćby dusza była już jak trup rozkładająca się i choćby po ludzku już nie było wskrzeszenia i wszystko już stracone - nie tak jest po Bożemu: cud miłosierdzia Bożego wskrzesza tę duszę w całej pełni. O biedni, którzy nie korzystacie z tego cudu miłosierdzia Bożego, na darmo będziecie wołać, ale będzie już za późno" (Dz. 1448).
Jeden z najcięższych grzechów
Okultyzm jest religią szatana. Praktykowanie jego różnych form jest jednym z najcięższych grzechów, gdyż jest odrzuceniem pierwszego przykazania Dekalogu. Do okultyzmu zalicza się między innymi: leczenie przez bioenergoterapię, radiestezję, magiczne zaklęcia, spirytyzm, stosowanie hipnozy, transy dla postawienia diagnozy czy leczenia, jak również znachorstwo, wróżbiarstwo, astrologię, jasnowidztwo, chiromancję, karty tarota lub inne podobne metody odkrywania przyszłości, wschodnie sztuki walki, medytacje wschodnie, jogę, wiarę w horoskopy, amulety, pierścienie Atlantów itp.
Im bardziej pogłębia się religijna ignorancja, osłabia wiara, zanika modlitwa i przystępowanie do sakramentów, tym bardziej ludzie zaczynają skłaniać się do wiary w różne zabobony i okultyzm. Ci, którzy zrywają swoje więzy wiary i miłości z Bogiem, wierzą, że sami znajdą pełnię szczęścia w bogactwie, przyjemności, władzy, zdrowiu. Dla zrealizowania tych celów uciekają się do różnych form okuhyzmu, aby posłużyć się tajemniczymi, niematerialnymi mocami. Dlatego zwracają się do wróżbitów, jasnowidzów, astrologów, bioenergoterapeutów, czarowników, stosują różne techniki medytacji, jogi etc. aby zrealizować swoje plany i pragnienia. Za pomocą różnych amuletów, talizmanów, gestów, formuł, rytuałów pragną zdobyć nadzwyczajną moc w obronie przed chorobą, niepowodzeniami, aby panować nad otaczającą rzeczywistością i zaspokajać wszystkie swoje egoistyczne pragnienia.
Praktykując różne formy okultyzmu, człowiek odwraca się od Boga prawdziwego, który jest szczęściem absolutnym, i otwiera się na tajemnicze, demoniczne moce, w złudnym przekonaniu, że właśnie one przyniosą mu upragnione szczęście. Konsekwencją takiej postawy jest zniewolenie przez siły zła, aż do opętania włącznie.
Jest wiele przypadków osób, które nawet przez jednorazowy kontakt z jakimś bioenergoterapeutą, wróżką czy jasnowidzem nabawiły się ciągłych bólów głowy, stanów lękowych i depresyjnych, bezsenności oraz niepokojów duchowych.
Jedynym skutecznym sposobem uzdrowienia, wyzwolenia się z niszczących wpływów szatana jest poddanie się terapii, którą ofiaruje nam za darmo Jezus Chrystus. Musisz najpierw rozpocząć od szczerej spowiedzi i intensywnej modlitwy, aby Jezus przerwał wszelkie więzy łączące Cię ze złymi duchami, które nawiązałeś(-łaś) przez praktyki okultystyczne. Trzeba, jeżeli jest to możliwe, abyś codziennie uczestniczył(a) w Eucharystii i przyjmował(a) Komunię św., ofiarowywał(a) Jezusowi wszystkie swoje cierpienia duchowe i fizyczne, ofiarowywał(a) się Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny, modlił(a) się na różańcu, koronką do Bożego Miłosierdzia, czytał(a) Pismo Święte. Na wyzwolenie się z niewoli sił zła i uzdrowienie wszelkich ran duchowych potrzebujesz czasu, dlatego musisz uzbroić się w cierpliwość w znoszeniu cierpienia. Wtedy ta trudna sytuacja, w której się znajdujesz stanie się dla Ciebie błogosławieństwem i intensywną drogą dojrzewania do świętości. Ufając bezgranicznie Jezusowi, na pewno odniesiesz zwycięstwo.

     Osobom, które pragną się wyzwolić od wpływu demonicznych mocy i zerwać z działalnością okultystyczną, proponujemy odmówienie następującej modlitwy:


"Panie Jezu, proszę Cię o wybaczenie grzechu zaangażowania się w ...
(tu określ dokładnie, na przykład: korzystanie z tablic do seansów
spirytystycznych, wahadełka, kart tarota, horoskopów, przepowiadania
przyszłości, jasnowidzenia, wróżenia z ręki, praktykowanie jogi,
korzystanie z usług bioenergoterapeutów, jasnowidzów, wróżek itd.).

Wyrzekam się wszystkich okultystycznych praktyk i potwierdzam,
że tylko Ty jesteś Panem mojego życia". Potem powiedz:
"Szatanie, wyrzekam się ciebie i całego twojego działania
w moim życiu. Rozkazuję ci, w imię Jezusa Chrystusa,
zaprzestać swej działalności w moim życiu Amen!".

sobota, 21 kwietnia 2012

Bioenergoterapia - zdrowie za wszelką cenę?


  Od kilku lat zauważa się w Polsce narastające zainteresowanie niekonwencjonalnymi metodami leczenia. Coraz więcej osób zamiast do lekarza udaje się do bioenergoterapeuty, homeopaty, kręgarza czy innego uzdrowiciela. Jednocześnie przez zwolenników ruchu New Age szeroko lansowane są teorie o nieograniczonym potencjale ludzkim, gdzie dużą rolę odgrywa pojęcie energii kosmicznych i ich właściwości, nie odkrytych jakoby jeszcze przez tradycyjną naukę.
    Pojęcie uzdrawiających energii nie jest nowe i znane było już w starożytności. Hipokrates np. (ur. 60 r. p.n.e.) wyobrażał sobie leczniczą energię jako coś, co przenika wszystkie żywe organizmy. Paracelsus (ur.1493 r.) nazywał ją „archeus” i był przekonany, że siła ta może działać na duże odległości i nie tylko leczyć, ale także być przyczyną chorób. „Archeus” miał wypełniać cały wszechświat i poprzez gwiazdy oddziaływać na organizm człowieka. Antoni Mesmer (1733-1815) mówił o magnetyzmie zwierzęcym. Opisywał go jako lotny fluid, który przenika cały wszechświat, ustanawia harmonię oraz wzajemny stosunek między wszystkimi rzeczami. W podobny sposób wpływa również na świat istot żywych. Swobodny przepływ owego fluidu owocuje zdrowiem, jego zablokowanie zaś prowadzi do choroby. Mesmer uważał również, że energia ta może być przyciągana przez magnesy czy dłonie niektórych ludzi i w nich magazynowana.
   Najszerzej jednak temat ten omawia filozofia Wschodu, dla której pojęcie energii kosmicznych jest pojęciem fundamentalnym. Według zasad tej filozofii zdrowie człowieka zależy od energetycznej siły życiowej, wypełniającej cały wszechświat. Starożytni Chińczycy i Japończycy nazywali ową energię ch'i lub ki, Hindusi zwali ją praną, Polinezyjczycy - maną, amerykańscy Indianie - siłą orenda. Energia ta ma jeszcze inne nazwy. Odpowiada „ciału eterycznemu” antropozofów i „energiom o czułej materii” uzdrowicieli spirytystycznych.
W związku z tym, że wiele technik uzdrawiania niekonwencjonalnego bazuje głównie na ludowej medycynie chińskiej, warto dokładniej przyjrzeć się chińskim poglądom na temat owej tajemniczej energii, wypływającej jakoby z kosmosu i przepływającej przez ciało człowieka. Według starożytnej chińskiej koncepcji, świat powstał dzięki sile natury, którą nazwano tao. Tao posiada dwa przeciwstawne oblicza, stanowiące jedność: yin oraz yang. Taoiści uważają, że wszelkie istoty i wydarzenia, które pojawiają się i przemijają, są wielorakimi formami kosmicznej pra-energii. Wszystko wypływa z tej jednej nieskończoności i różni się tylko odmienną miarą yin i yang. Cały kosmos oscyluje między tymi dwiema siłami. Należy również zaznaczyć, że siły yin i yang mają odniesienia do gwiazdozbiorów, elementów natury (ogień, woda, drewno itp.), do pór roku, kolorów wreszcie do funkcji naszego ciała. Chińscy filozofowie byli przekonani, że makrokosmos, a więc gwiazdy i moce natury, mają wpływ na mikrokosmos, czyli na to, co dzieje się w ludzkim organizmie. Zakładano, że kto zna związek między otworami ciała a wnętrznościami, zna nie tylko człowieka, lecz również posiada ogromną wiedzę o niebie i ziemi. Uważano bowiem że istnieją odniesienia między wnętrznościami, a energią nieba - ch'i, która przepływa zarówno przez cały kosmos jak i przez człowieka.
    Jedność przeciwstawnych sobie sił yin i yang wskazuje na to, że nie ma w taoizmie, znanego nam z Biblii zwalczania się sił światła i ciemności, Boga i szatana. Dobro i zło pochodzi z tego samego źródła. W związku z tym Chińczycy nie widzą absolutnych przeciwieństw między tym co czyste a tym co nieczyste, między religią a magią. Odnosi się to też konsekwentnie do medycyny, dla której cały człowiek, ciało i dusza jest jednością. Dopiero ta doskonała harmonia oznacza tao. Tego typu poglądy odnajdujemy we wszystkich wschodnich wierzeniach, ale także we wszystkich współczesnych procesach terapii naturalnej1.
Podsumowując, można stwierdzić, że według starożytnej filozofii chińskiej, cała przyroda waha się między siłami yin i yang. Tak samo dzieje się w organizmie człowieka. Dopóki te dwie siły znajdują się w równowadze i energia ch'i może swobodnie przepływać, człowiek jest zdrowy. Jeśli yin i yang tracą równowagę, powstaje choroba. Dlatego właśnie bioenergoterapeuci używają zwrotu: „zrównoważyć energie”.
    Bioenergoterapeuci na określenie sił, przy pomocy których działają, używają terminów: energia, pole magnetyczne czy elektromagnetyczne, bioemanacja, bioprądy. Zjawiska te jednak nie zostały dotychczas ani wykryte ani zmierzone żadnymi przyrządami fizycznymi. Jedynym „aparatem”, który może, jak twierdzi o. J.-M. Verlinde, odczuwać te energie i używać ich jest człowiek. Właściwości takie posiadają ludzie o rozwiniętych zdolnościach mediumicznych. Owe zdolności mogą być albo dziedziczone albo nabyte (np. otrzymane podczas inicjacji lub wykształcone przy pomocy odpowiednich technik). Wejście w stan mediumiczny jest wejściem w tzw. odmienny stan świadomości, czyli rodzaj transu, który zakłada wyłączenie wyższych władz ludzkich - rozumu i woli. Ojciec J.-M. Verlinde określa stan mediumiczny jako stan pewnej fuzji, czyli połączenia, zjednoczenia się z siłami i energiami. Mówi on: „Stan fuzji polega na tym, że podmiot osobowy, ja osobowe człowieka musi się wycofać, przyjąć stan pasywności i pozwolić przeniknąć się, napełnić przez te energie. Im bardziej dany człowiek potrafi wycofać aktywność swego podmiotu osobowego ze swej aktywności życiowej, tym bardziej da się napełnić i przeniknąć tymi energiami, w związku z czym lepiej będzie mógł się nimi posługiwać. [2]
   Tak więc bioenergoterapeuta, chcąc działać skutecznie musi posługiwać się intuicją mediumiczną, która jest pozazmysłowym rodzajem poznawania rzeczywistości. Św. Tomasz z Akwinu twierdzi, że taki sposób poznawania jest charakterystyczny nie dla istot ludzkich lecz dla duchów, czyli bytów, które nie mają ciała i w sposób natychmiastowy ujmują istotę danego zjawiska, nie potrzebując do tego zmysłów. Św. Tomasz jest bardzo surowy, jeśli chodzi o używanie poznania paranormalnego, czyli zdobywanie wiedzy na drodze, która nie jest właściwa istocie ludzkiej. Istnieje bowiem niebezpieczeństwo, że wykorzystają to byty duchowe wrogie człowiekowi. Przykładem tego może być świadectwo życia o.J.-M. Verlinde, który również przez pewien czas praktykował bioenergoterapię, uważając ją za dar Boży. Po pewnym czasie okazało się jednak, że pozytywne efekty swojej pracy zawdzięcza ingerencji pewnego bytu duchowego, którego obecność była niepokojąca. Lektura książek okultystycznych, z których korzystał J. Verlinde chcąc wyjaśnić nieznane mu zjawisko, potwierdziła fakt, że każdego rodzaju działanie okultystyczne, w tym także nieświadome, dokonuje się przy współpracy jakiegoś ducha3.

 
 1Pfeifer S., Czy zdrowie za wszelką cenę? Wrocław, Wyd. Effatha, 1994 s.45-51.
2Verlinde J.-M., Jeden jest Pan. Kraków, Wydawnictwo M, 1996 s. 106.
3Verlinde J.-M., Rekolekcje dla młodzieży. Chorzów dn.15.XII.1995 - transmisja Radia Maryja

środa, 7 marca 2012

Reinkarnacja - genialne kłamstwo szatana

Aż 32 proc. Polek i Polaków wierzy w reinkarnację. I jest to najwyższy odsetek na kontynencie! Dlatego w szczególności tym "transkulturowym" katolikom polecamy ten tekst. S. Michaela Pawlik w latach 1967 - 81 przebywała w Indiach jako świecka pielęgniarka. To co tam przeżyła całkowicie zburzyło jej idyliczne wyobrażenia. Z własnego doświadczenia przekonała się jak bardzo niebezpieczne i złudne są uroki duchowości Wschodu z wiarą w karmę, dharmę i reinkarnację. 
 
Po przyjeździe do Indii pracowała w ośrodku zdrowia przy katolickiej misji. Zżyła się z miejscowymi ludźmi, nauczyła się ich języka i bardzo dobrze poznała ich mentalność, zwyczaje i wierzenia. Mieszkała w rejonie gdzie ludzie żyli duchowością hinduizmu nieskażonego wpływami europejskimi. S. Michaela wspomina: "Wkrótce, jak zaczęłam pracę w ośrodku zdrowia zaszokowały mnie ofiary indyjskiej religii...Proszę sobie wyobrazić, przynoszą mi do ośrodka zdrowia dziecko, które zostało oślepione, z oczodołów leje się ropa - "Ratuj go!" "Co się stało?" - pytam. Okazuje się, że w świątyni dokonano liturgicznej ceremonii przygotowania do pełnienia dharmy tegoż rodu, w którym urodził się ten chłopak. Trzeba go było okaleczyć. A dharmą tego rodu było żebranie, więc żeby skutecznie żebrał, trzeba go było oślepić. W tym celu niektórzy potrafią ręce obciąć do łokcia, pozbawić oczu czy kręgosłup połamać, że powstaje straszna karykatura postaci ludzkiej"(W drodze 1/98 s.34).
 
Pewnego dnia zgłosił się do s. Michaeli wycieńczony z głodu chłopiec ponieważ od dwóch tygodni nie otrzymał wynagrodzenia za pracę. Kiedy razem z nim poszła do pracodawcy z żądaniem aby wypłacił mu należną pensję ten grzecznie odpowiedział, że wprawdzie konstytucja indyjska nakazuje wynagradzać za pracę to jednak jest to tylko ludzkie prawo, a on nie jest zobowiązany takiego prawa przestrzegać. Dla niego obowiązujące jest boskie prawo karmy, które mówi, że wszystko co dzieje się z człowiekiem jest spowodowane życiem w poprzednim wcieleniu. Dlatego chłopiec nie powinien domagać się zapłaty tylko starać się aby jak najlepiej wykonywać swoje obowiązki, a wtedy w następnym wcieleniu urodzi się w wyższej kaście. Pracodawca powiedział również, że nawet gdyby chłopiec umarł z głodu to i tak nic by się nie stało ponieważ wtedy narodziłby się w wyższej kaście. W ten sposób religijnym prawem karmy i reinkarnacji wytłumaczył swój bezlitosny wyzysk chłopca (por. miesięcznik "List" 11/96). Teoria reinkarnacji pozbawia człowieka poczucia grzechu i zdolności rozróżniania dobra od zła.
 
S. Pawlik po pięciu latach pobytu w Indiach rozpoczęła studia socjologii religii na Karnatak University w Dharwar. Tam doskonale poznała hinduizm i tradycję weddyjską, która do czasów reformy praktykowała palenie wdów wraz ze zwłokami ich mężów; świątynną prostytucję, do której rodzice przeznaczali na całe życie swoje małe córki; składanie bożkom krwawych ofiar z ludzi; prawo nadczłowieka przez traktowanie władcy jako boskiej postaci; podział na kasty z bezlitosną dyskryminacją ludzi z najniższych kast; traktowanie kobiet jako istot niższej kategorii od mężczyzn. 
 
 W Wedach - indyjskich księgach świętych znajdują się poglądy religijne, które są podstawą wiary w reinkarnację. Według tych wierzeń Bóg nie jest osobą lecz nieosobową energią, którą trzeba czcić w planetach, siłach przyrody, zwierzętach a także w ludziach o wyjątkowych cechach i zdolnościach. Ta sama boska energia jest w każdym żywym organiźmie. Nie ma więc zasadniczej różnicy pomiędzy człowiekiem i zwierzęciem. Dusza zwierzęcia będzie kiedyś w kolejnym wcieleniu miała kształt ludzki. I tak na przykład żaba, pies, kot, świnia, parias to są kolejne etapy oczyszczania się duszy. Zabijanie ludzi i zabijanie zwierząt ma więc tę samą ocenę moralną. Celem życia ludzi i zwierząt jest uwolnienie się z materii i zlanie w jedno z nieosobowym bogiem. 
 
Wiara w reinkarnację znosi odpowiedzialność i wolną wolę człowieka. W tamtejszej duchowości nie ma przykazań. Jedyną normą postępowania jest prawo silniejszego, naturalna selekcja, walka o byt i prawo karmy czyli "dług" dobrych lub złych czynów który nagromadziła sobie dana dusza podczas wcześniejszego lub obecnego wcielenia. Jeżeli karma jest dobra kolejne wcielenie duszy nastąpi w wyższej kaście, natomiast gdy karma jest zła wcielenie będzie w kaście niższej. Według tych wierzeń cierpienie zawsze spowodowane jest złą karmą, dlatego rzeczą bezsensowną jest pomaganie osobie cierpiącej ponieważ ona sama musi wypracować sobie lepszą karmę. Stąd bierze się pogarda dla ludzi cierpiących i ciężko pracujących. Poprzez prawo karmy wszystko staje się względne, a więc nie można kierować się współczuciem, litością i miłosierdziem. I tak na przykład gwałt na kobiecie tłumaczy się tym, że musiał się on na niej dokonać z powodu złej karmy. Według prawa karmy i reinkarnacji również morderstwa nie można karać z tego względu, że zamordowany, albo nieświadomie chciał aby się to stało, lub też zła karma musiała zostać przezwyciężona. Tak więc według teologii reinkarnacji " bezużyteczną rzeczą jest pomaganie biednym i cierpiącym, gdyż jako ludzie i narody muszą odpracowywać złą karmę i osiągnąć świętość..."(J. J. Steffon. Satanizm jako ucieczka w absurd. WAM. Kraków 1993. s. 85).
 
Ponieważ, według teorii reinkarnacji, człowiek zbawia się sam, własnym wysiłkiem poprzez ćwiczenia różnych form jogi, medytację i kolejne wcielenia, w konsekwencji taka duchowość prowadzi to do skrajnego egocentryzmu i całkowitej obojętności na potrzeby innych. Cnota życzliwości (maitri) polega na obojętności, a współczucie (karuna) na braku uczuciowego zaangażowania oraz obojętności na potrzeby drugiego człowieka. Jest to "cnotliwość", której ideałem jest osiągnięcie błogostanu i doskonałej obojętności w stosunku do wszystkiego co istnieje poza własną jaźnią. To właśnie dzięki "duchowości" reinkarnacji w dzisiejszych Indiach bardzo częstymi ofiarami przemocy i niesprawiedliwości, związanej z kultem religijnym, stają się starcy, kobiety i dzieci. Ludzie ubodzy są wyzyskiwani, pogardzani i obwiniani za swoje ubóstwo winami z poprzedniego wcielenia. Zbrodnicze ofiary z dzieci, skrytobójstwa, oszustwa, rabunki, sakralna prostytucja, grzechy sodomskie itp. są popełniane w oparciu o prawo zaczerpnięte z hinduskich "świętych ksiąg". Według nich dusza przyjmuje takie ciało na jakie zasłużyła, wszelkie cierpienie jest sprawiedliwe i dlatego nie powinno budzić litości a czyny miłosierdzia nie mają żadnego sensu. Trzeba również pamiętać, że idee miłosierdzia, braterstwa czy sprawiedliwości społecznej, które pojawiły się w myśli religijno filozoficznej Indii nie pochodzą z oryginalnego hinduizmu lecz z judaizmu i chrześcijaństwa. Tylko w Ewangelii znajdujemy motywację do prawdziwego współczucia, czynienia miłosierdzia oraz miłości bliźniego.

Studia wierzeń w religiach wschodu pozwoliły s. Pawlik zrozumieć, że wiara w reinkarnację oraz system kastowy została wymyślona przez ludzi z najwyższych kast, aby utrzymać w ślepym posłuszeństwie i poddaństwie ludzi z kast niższych.

Do dnia dzisiejszego w Indiach tak zwani siudrowie - ludzie należący do najniższej kasty - są przeznaczeni do najgorszych prac i to pod nadzorem osób z kast wyższych. Warstwy wyższe mają zakaz dotykania tych ludzi. Łamiących te zasady karano chłostą lub zabijano. Jest to rasizm w czystym wydaniu. Bramińskie prawo "nadczłowieka" inspiruje do różnych form bezprawia z potajemnym uśmiercaniem niewygodnych osób włącznie. Trzeba pamiętać, że ideologia hitlerowskiego rasizmu swoimi korzeniami sięga wschodniej duchowości reinkarnacji i kastowości. Czołowi ideolodzy hitlerowscy wyznawali reinkarnację, rasistowską gnozę, byli prawdziwymi okultystycznymi magami należącymi do filii masonerii staropruskiej tak zwanego stowarzyszenia Thule. Do jego członków należeli wszyscy przywódcy nazistowskiego reżimu: Hitler, Hess, Himmler, Rosenberg, Frank, Borman (A. Zwoliński, Tajemne niemoce, Biblioteczka KSM, nr.14, Kraków 1994, s.46-50).

Hinduska praktyka świątynnego nierządu gloryfikuje erotyzm we wszelkiej postaci ze zboczeniami włącznie. Yajurveda i kult demonów są natchnieniem dla satanistów i okultystów. Takie są prawdziwe uroki duchowości Wschodu.
 
S. Michaela wspomina: "kiedyś przyniesiono do ośrodka zdrowia nieletnie dziecko zakażone chorobą weneryczną. Potem się okazało, że jest jeszcze kilka przypadków z tego samego kontaktu. A święta księga Kamasutry - tamtejszej oczywiście redakcji, bo w polskim tłumaczeniu opuszczono już te fragmenty, by nie zniechęcać naszych czytelników - nakazuje, aby zarażony najpierw dokonał płukania różnymi świętymi wodami, jak mocz krowi, wody z Gangesu itd., a jak to nie pomoże, to ma oczyścić się przez "żeńską formę, która nie była skażona miesiączką", czyli dziecko. My się oburzamy na eksploatację seksualną dzieci, a u nich to jest wkomponowane w Wedy i kult Wisznu. My tu krzyczymy na przypadki podobnego zwyrodnialstwa, ale jeżeli się weźmie Wedy - oni mają do tego prawo, oczywiście ci z najwyższych kast. "(W drodze 1/98 s. 35). A. L. Basham pisze, że "w obrzędach seksualnych tantrycznego buddyzmu anulowano wszelkie rodzaje tabu. Dozwolone było nawet kazirodztwo, gdyż to, co było grzechem dla człowieka pogrążonego w niewiedzy, stawało się cnotą dla wtajemniczonego. Podczas tantrycznych sabatów pito alkohol, spożywano mięso, zabijano zwierzęta, a czasem nawet istoty ludzkie - dozwolone były wszelkie występki, jakie tylko sobie można wyobrazić"( Indie. Warszawa 1964. s. 350).
 
 Duchowość Wschodu, którą propaguje się obecnie w Polsce to jest już tak zwany zeuropeizowany neohinduizm, który został opracowany w obecnym stuleciu przez wolnomyślicieli i jest przesiąknięty elementami chrześcijańskiej kultury. Dlatego przemilczane są w nim zabobonne poglądy z różnymi skandalicznymi dla europejczyka nieetycznymi postawami. Idealizowanie duchowości wschodniej sprawia, że wielu młodych ulega jej złudnemu urokowi i bezkrytycznie przyjmuje informacje dotyczące Wschodu i ślepo naśladuje tamtejsze praktyki. Nie zdają sobie sprawy z tego, że na przykład w świętych księgach hinduskich bóg Kryszna manifestował swoją boską wolność przez zabójstwa, kradzieże, uwodzenie dziewcząt i cudzych żon, urządzanie nieprzyzwoitych zabaw. We wszystkich dziełach poświęconych Krysznie nie było kobiety zdolnej oprzeć się jego urokowi, dlatego został nazwany Wszechmocnym Uwodzicielem. Kryszna według hinduskich wierzeń miał być ucieleśnieniem witalnej mocy Wisznu, bo posiadał 16000 żon i 180000 synów, a chociaż wszystkie jego żony mieszkały w osobnych pałacach, Kryszna u każdej z nich był o tej samej porze. Do dnia dzisiejszego Kryszna jest w Indiach czczony przez praktykę nierządu świątynnego jako władca seksu i płodności zwany "Radżagopalausami".
 
W Polsce nie mówi się jakie jest prawdziwe znaczenie Kryszny. Poleca się tylko wielogodzinne powtarzanie jego imienia jako sposób osiągnięcia czystości duszy. W taki oto podstępny sposób wprowadza się satanistyczną "świadomość Kryszyny" w środowisko chrześcijańskie. Niestety niektórzy młodzi ludzie w swojej niewiedzy i naiwności nie są często świadomi, że odmawiając mantrę przez powtarzanie imienia Kryszny oddają cześć bożkowi rozpusty i skrajnego egoizmu. S. Michaela podkreśla, że "wszystkie organizacje, sekty i ruchy antykatolickie pod pięknymi hasłami braterstwa, ekumenii, międzywyznaniowego dialogu itp., zachęcają do korzystania z kultury Wschodu jako drogi do duchowego rozwoju, stosując akomodację wschodnich poglądów i praktyk do mentalności słuchaczy. Przy każdej sposobności rozpowszechniają one pochwałę, a nawet zachwyt do wschodnich wyznań, z jednoczesnym wykazywaniem braków i niedoskonałości Kościoła. Już utarło się bezpodstawne przeświadczenie, że mistyka indyjska jest głębsza od naszej, że tamci ludzie są lepsi niż katolicy itp." Jakże przykro jest słuchać takich opinii, wiedząc, jak bardzo są one fałszywe, zwłaszcza gdy jest się świadomym istnienia ogromnej liczby nieszczęśliwych ludzi, którzy stali się ofiarami niszczącej ludzką osobowość "duchowości" wschodnich sekt religijnych ( Zofia Pawlik, Normy moralne a wolność sumienia i wyznania, Lublin 1997, s. 5-6). Trzeba pamiętać, że obecna Konstytucja Indii wyrasta z podstawowych chrześcijańskich zasad, a nie z hinduizmu. Również Mahatma Ghandi w czasie studiów w Anglii poznał naukę Chrystusa i chociaż nie został chrześcijaninem to jednak żył jej duchem i wcielał ją w swoje życie. Został zastrzelony przez bramina (przedstawiciela swojej kasty) za to, że łamał hinduską tradycję i nie uznawał kast i reinkarnacji.
 
 Z tego bardzo skrótowego przedstawienia założeń i duchowości reinkarnacji wynika, że teoria ta jest niezwykle inteligentną pułapką szatana. Dla katolika wiara w reinkarnację zdradą Chrystusa dlatego, że według Biblii życie każdego człowieka na ziemi jest niepowtarzalne. Ludzie umierają tylko jeden raz: "A jak postanowione ludziom raz umrzeć, a potem sąd..."(Hbr 9,27). Po swojej śmierci człowiek nie ma już możliwości powrotu do życia ziemskiego: "Nie zapominaj, że nie ma powrotu" (Syr 38, 21a). W momencie śmierci następuje oddzielenie duszy od ciała i decyduje się ostateczny los człowieka: zbawienie albo wieczne potępienie. Natomiast ciała zmarłych zmartwychwstaną dopiero w dniu Paruzji. Jest to prawda którą objawił nam sam Jezus Chrystus poprzez swoją śmierć i zmartwychwstanie.

ks. Mieczysław Piotrowski TChr

Tekst ukazał się w Magazynie "Miłujcie się!" nr. 3-4/1998.